Dlaczego na swój debiut w maratonie wybrałem Orlen Warsaw Marathon? Czy to, że odbywał się 5 miesięcy od decyzji o starcie? A może z tego powodu, że stolicę darzę sentymentem? Zapewne i jedno i drugie. Informację o zawodach znalazłem w grudniu, a trenować zacząłem od początku roku. Nie za bardzo wiedząc jak to z tym bieganiem. Do tej pory największy dystans jaki przebiegłem to było jakieś 8-9 km. Słowo się rzekło, postanowienie jest, więc trzeba działać.
Przygotowania rozpocząłem od początku roku, ale niestety tylko w teorii, bo pierwsze 3 tygodnie stycznia męczył mnie kaszel wykluczający jakikolwiek bieganie. Za prawdziwe treningi zabrałem się dopiero w lutym, a pod koniec marca miałem za sobą 187 km (co uważałem za trening, który w zupełności wystarczy ). Po prostu wyjście na dwór by pobiegać, bez ładu bez składu. Żadnych wskazówek, książek, filmów czy pytań do biegaczy. Nic. „Trenowałem” na czuja, według własnego planu, którego w sumie nie było. Moje najdłuższe wybieganie to 27 km…po którym ledwo wróciłem do domu. Swoje jednak wiedziałem. Na zawodach zmotywuje się lepiej – wmawiałem sobie. Nie musiałem zastanawiać się czy jestem gotów. Ja tego byłem pewien.
Warszawy zwiedzać nie musiałem. W zeszłej dekadzie mieszkałem tu przez 3 lata. Dzień przed startem szybka wizyta w biurze zawodów na expo, odbiór pakietu startowego i pasta party na Stadionie Narodowym. Później krótki spacer po Nowym Świecie i kawa z moim kumplem Michałem.
Nadszedł mój wielki dzień. Pobudka wcześnie rano. Sportowy masaż nóg. Podróż z Otwocka na Stadion Narodowy. Moim towarzyszem postanowił być Michał, Kumpel fizjoterapeuta, którego poznałem w szpitalu po operacji. Podekscytowanie mieszało się z obawami. Pojawił się strach przed niewiadomą ” Czy uda mi się wytrzymać kilka godzin ciągłego biegu?”, „czy przebiegnę 42 km?” ,”co się wydarzy na trasie?”, „czy biegałem wystarczająco dużo?” Zaraz to wszystko przestanie się liczyć.

Przy strefie startowej przebieram się i nieśmiało podążam ku nadchodzącemu przeznaczeniu. Przybijam piątkę z Michałem i ustawiam się w strefie startowej.
Sam bieg startuje o 9:30. Pewny siebie powędrowałem do strefy zawodników chcących pobiec na wynik w 3 h 30 min, jeszcze nie wiem co mnie czeka, ale odwagi dodaje mi lecąca z głośników piosenka Vangelisa z filmu o biegaczach „Chariots of Fire” Coś pięknego! Fala biegaczy przesuwa się do przodu! Ruszam rześko i ja. Idzie całkiem nieźle, niewinnie zaczynam zmagania z maratonem. Bez planu, bez taktyki, ale z wielkimi chęciami i wolą walki. Na pewno nie będzie tak ciężko – powtarzam sobie w duchu . W końcu wszyscy tacy uśmiechnięci i weseli. Póki co nie mam wrażenia, że biegnę maraton.
Pierwsza 5 km mija zaraz za Pl. Unii Lubelskiej, to właśnie tu na Starym Mokotowie mieszkałem jeszcze kilka temu. Dalej biegniemy na południe. Słoneczna pogoda daje się powoli we znaki, chce mi się pić. Korzystam z pierwszego punktu odżywczego, kilka łyków izotonika i wbiegam na dłuższy odcinek prostej to Aleja Jana III Sobieskiego. Później dłuższy fragment Puławską i już jesteśmy na Ursynowie . Pierwsze 10 km pęka w 52 min, czas całkiem przyzwoity, a sił nadal sporo, więc humor dopisuje.

Wbiegam na Aleję Komisji Edukacji Narodowej czyli główną arterię Ursynowa. Wielkiej ulgi dostarcza mi kilka kubeczków Powerade’a w punkcie odżywczym przy Multikinie. To nic, że połowa napoju nie ląduje w mojej buzi tylko na twarzy. Orzeźwienie niesamowite. Robi się coraz cieplej. Nawet nie wiem kiedy zacząłem rozmawiać z innymi biegaczami. Z dialogu wynika, że są bardziej doświadczeni. Inaczej oni mają jakiekolwiek doświadczanie. Radzą żebym zwolnił jeśli chcę dziś dobiec. Chłopaki, ale ja się świetnie czuję– odpowiadam z lekko wymuszonym uśmiechem. W rzeczywistości jestem troszkę podmęczony. Ulicą Rosoła podążamy na obrzeża miasta. Biegniemy w dzielnicy domków jednorodzinnych, okolica wcale nie przypomina wielkiego miasta. Po chwili nawracamy co oznacza, że jestem w połowie biegu!
21 km pokonuję w czasie 1 h 50 min. Nie jestem już taki mocny jak po pierwszej dyszce. Problemem jest zapewne przygotowanie (lub raczej jego brak). A może niedopasowałem taktykę? W każdym razie coś robię nie tak. Zmieniamy kierunek i teraz kierujemy się na północ. Do Centrum prowadzi ulica Przyczółkowa, wzdłuż, której znajdują się kolejne dwa punkty, odżywczy i nawadniający. Ratują mi życie. Teraz nie chwytam małych kubeczków tylko całe butelki z Powerade’ami. Czuję drastyczny spadek mocy. Jest 28 km. Wilanowska. Ja już nie mam siły biec, z kondycją nie mam problemu, ale moje mięśnie nie były przygotowane na taki wysiłek. Może gdybym lżej pobiegł pierwszą połówkę? Nieważne! W tym momencie chcę już tylko dobiec do mety… Uda i łydki palą niemiłosiernie, dawno nie czułem takiego bólu.

Znowu wbiegam na ul. Jana III Sobieskiego, ale teraz w tą przyjemniejszą stronę. Mijam znacznik z numerem 30 km, to tutaj powinna być ta sławna „ściana”. Wszystko fajnie, ale ja swoja zaliczyłem już kilka kilometrów wcześniej…i chyba nadal trwa. Eh, no nic, truchtam dalej, bo biegiem tego nazwać nie można, 2 km dalej zatrzymuję się, skurcze łydki są nie do wytrzymania. Fragment nogi jest twardy niczym skała, nie dam rady dalej. Staję przy najbliższej latarni, opieram się rękoma i rozciągam z całej siły obolały fragment, chwila ulgi i ruszam do przodu. Niewielka to pomoc, ale w tym momencie nawet ta najmniejsza jest na wagę złota. Nie chciałbym się widzieć z boku, ale kibicom na biegacza raczej nie wyglądam. Biegnę ulicą Podchorążych tuż przy ogrodzeniu Łazienek Królewskich po tym wiem, że do mety już bliżej niż dalej. Z utęsknieniem wypatruję kolejnych znaczników informujących o pokonanej odległości. W tym momencie zdaję sobie sprawę, że ogromnym błędem był brak odpowiedniego nawodnienia przed startem. Zaczyna brakować sił na stawianie kolejnych kroków. Robię się coraz głodniejszy, a to skutkuje brakiem siły na bieganie. Żałuję, że omijałem te wszystkie miejsca gdzie mogłem posilić się ćwiartkami pomarańczy, plasterkami bananów czy czekoladą. No nic, było minęło. Udaje mi się dotrzeć na Powiśle, co oznacza, że do końca jeszcze tylko 4 km.

Nie spodziewałem się, że tego dnia spotka mnie jeszcze cokolwiek dobrego. Tym większe było moje zdziwienie, gdy w oddali usłyszałem znajomy głos – Jesteś zwycięzcą! Kim jesteś?! Jesteś zwycięzcą! Uśmiechnąłem się szeroko nie wierząc własny uszom, głos był coraz wyraźniejszy. Na jednym z balkonów od strony ulicy wesoła warszawianka wystawiła głośniki i słynnym youtube’owym hitem dodawała sił maratończykom. Akcję na ulicy Tamka zapamiętam chyba do końca życia, to najzabawniejszy moment tego biegu, a dla mnie właściwie jedyny śmieszny akcent. Wiedząc, że do mety pozostały ostatnie 2 km ruszyłem ostatkiem sił przez Most Świętokrzyski.
Dodatkowej motywacji dodawał widok Stadionu Narodowego. Nie pamiętam tej drogi, myślami byłem już w domu. Byłem głodny jak nigdy w życiu! Zjadłbym w tym momencie wszystko! Na ostatnich metrach przyśpieszam starając jak najszybciej przekroczyć linię mety. Jest juz tak blisko, ostatnie metry i koniec! Udało się. Ukończyłem maraton. Było niesamowicie ciężko. Dużo trudniej niż zakładałem. Po chwili dopada mnie Michał i zdaję Mu bardzo chaotyczną relację mojej biegowej przygody. Szybka sesja zdjęciowa i uciekamy na pociąg do Otwocka.

Na miejscu przesiadamy się do auta. Jestem tak słaby, że nie mam siły nawet mówić. Pierwotny instynkt każe myśleć o jedzeniu. Potrzebuję energii. Dopadamy Kebab King. Bułka z mięsem i warzywami z smakuje jak najlepsze danie świata. Jakbym jadł pierwszy kebab w życiu! Jestem strasznie słaby. Trudność sprawia mi wszystko, chodzenie, siadanie, wstawanie, mówienie. Do tego stopnia, że nawet nie wychodzę z auta. Michał przynosi jedzenie i robimy „ucztę” w samochodzie. W tym momencie nienawidzę biegania. Przynajmniej tego długodystansowego. Opowiadam Michałowi, że to ten bieg to nie był najlepszy pomysł. Po powrocie wziąłem prysznic ( co zajęło mi co najmniej 3 razy dłużej niż standardowo). Przemyślałem sytuację, przypomniałem sobie co przeżyłem kilka godzin temu. Ten ból stawów i mięśni, cierpienie od 24 km, obtarte do krwi palce, gigantyczne braki w kondycji i sile, walkę z samym sobą na ostatnich kilometrach, przełamywanie kolejnych barier gdy chciałem usiąść i się poddać. Mówiąc w skrócie wszystko to co mnie dziś zniszczyło i tylko ten jeden jedyny moment gdy wbiegałem na metę po 42 km biegu, moich pierwszych 42 km w życiu…i wiecie co zrobiłem? Jeszcze tego samego dnia zapisałem się na kolejny maraton!