Wenecja wstaje na maraton
Jest 4 rano, wstaję najwcześniej z naszej biegowej ekipy. Chłopaki jeszcze drzemią, ja powoli roluję stopy i przeciągam się ziewając. Po chwili dołączają bohaterowie dzisiejszego dnia. Pospiesznie zjadamy kanapki z dżemem, popijamy wodą i po chwili jesteśmy już na przystanku. Tramwaj wodny zjawia się po kilku minutach, jest 5:15. Zaspani w milczeniu docieramy do spowitej ciemnością Wenecji, wysiadka na P. de Roma i stamtąd spacerem w półmroku dochodzimy do autobusów, które zabiorą Nas na miejsce startu. Szybkie „powodzenia” i każdy udaje się do odpowiedniego pojazdu.
Podróż Szczebla i Franka będzie krótka, wszakże ich start zlokalizowano zaraz za mostem łączącym Wenecję ze stałym lądem w Parku San Guliano. Mój autobus jedzie daleko za miasto, podróż trwa około 45 min. Ziewam jakbym w ogóle nie spał, zasypiam na krótką chwilę, ale drzemkę przerywa gwar wysiadających biegaczy. Jesteśmy na miejscu. Do startu pozostało jakieś 1,5 h! Tylko co ja będę robił przez tyle czasu?
Przy wiosce maratońskiej stoi pięć ponumerowanych tirów – to tam musimy złożyć (do godziny 8.55) nasze worki z rzeczami, które odbierzemy po ukończonym biegu (mój numer to „2” co również jest widoczne na numerze startowym i na worku. Oddaję grzecznie bagaż i ostatnie minuty spędzam na szybkiej rozgrzewce i założeniu opasek kompresyjnych na łydki i ramiona.
Jeszcze łyk izotonika, z którym nie rozstaję się do samego startu, włączam Garmina i gotowy do akcji truchtam wolniutko w kierunku stref startowych. Zostało 5 min, trochę się zagapiłem i nie mam już wstępu do strefy, z której powinienem startować… Świetnie! Bieg się jeszcze nie zaczął, a ja juz dałem ciała! No trudno, pośpiesznie wędruję wzdłuż barierek i wskakuję w tłum czekających na start biegaczy. Do startu pozostało kilkanaście sekund.
Pomimo wczesnej pory słońce grzeje dość mocno. Większość biegaczy wyposażona w czapki lub daszki sprawia, że czuję się jakbym czegoś zapomniał, czegoś co sprawi, że te 42 km to będzie wyjątkowo ciężka przeprawa. Godzę się z tym, że startuję z niewłaściwego miejsca i po strzale startera ochoczo ruszam z tłumem uśmiechniętych biegaczy.

Pierwsze 5 km upływa mi na mijaniu kolejnych maratończyków w tempie lekko poniżej 25 min. Moje baloniki na 3:30 są daleko z przodu, więc na szybko układam nowy plan. Pierwsza myśl – próbuję ich gonić, tylko czy nie są już za daleko? Jako pierwszych dopadam pacemaker’ów na 4:15, później tych na 4:00 i po dłuższej chwili 3:50. Pościg kończę doganiając grupę na 3:40.
Tak się kibicuje we Włoszech!
Na 10 km wbiegam do Mira Porte jednej z kilku miejscowości, które minę zanim dobiegnę do mety w Wenecji. Włosi to niesamowici kibice! Tutaj każdy biegacz jest dla nich bohaterem! Przy trasie transparenty, flagi, głośne okrzyki, kołatki, przybijane piątki z dzieciakami, nie mówiąc już o zespołach grających hity znanych kapel takich jak Black Sabat czy Queen. Na mnie to działa pokrzepiająco i za każdym razem ulegam wybuchowej włoskiej atmosferze.
Mój wstępny plan zakłada pochłanianie żeli co 10 km zaczynając już od 5 km, więc na 15 km zjadam drugi żel, popijam wodą i… muszę przyznać, że czuję się nadal mocny chociaż maraton tak na prawdę się dla mnie jeszcze nie zaczął. Prawdziwą walkę ze słabościami podejmę na 35 km.
Między miasteczkami staram się biec w skupieniu, pilnując by nie pędzić szybciej niż 4:50 min/km. Półmetek coraz bliżej. Krajobraz zmienia się. Wokół kominy, hangary i kontenery, wbiegamy w jakąś przemysłową dzielnicę. Między 19 a 20 km wbiegam na wiadukt i to pierwszy mocniejszy podbieg. Zwalniam odpowiednio i pomagam sobie mocniej pracując intensywnie rękoma.
Do tego momentu najszybszy kilometr pokonuję w tempie 4:52/km. Półmaraton kończę w czasie lekko poniżej 1 h 50 min, tak szybko w maratonie jeszcze nie biegałem. To wielka niewiadoma, sam jestem ciekaw czy wytrzymam takie tempo do samego końca.
Letnia temperatura przeszkadza coraz bardziej, słońce grzeje coraz bardziej. Z utęsknieniem wypatruję punktów z miskami z wodą. Sporadycznie twarz i włosy orzeźwiam szybkimi chlapnięciami. Robi się coraz trudniej, bo za pasem już 25 km, tutaj punkt odżywczy czyli przedostatni żel, buteleczka wody do ręki i wbiegam do dzielnicy Mestre czyli Centrum Wenecji położonej na stałym lądzie. Da się to odczuć, zdecydowanie kibice są tu najgłośniejsi i jest ich cała masa! Dopingują tak, że nie wypada zwalniać, nogi przez moment niosę same.
Ogłuszający dźwięk trąbek żegna biegaczy znikających w wąskim tunelu prowadzącym pod ziemią – przyznaję, że tego się nie spodziewałem. Na końcu przejścia wbiegam do hali i po krótkiej chwili znów jestem na zewnątrz.
Brawo Polska! Lecisz!
Pamiętam, że gdzieś w okolicach 30 km czeka park, z którego startowali Chłopaki na 10 km – Szczęściarze, są już od dawna na mecie, dzięki czemu nie dopadły ich piekące promienie słońca! Park San Guliano, w którym odbieraliśmy pakiety startowe wita na 29 km. Czuję się nadal dobrze, ale przydałoby się więcej mocy, ryzykuję i przy kolejnym punkcie odżywczym zjadam kilka ćwiartek pomarańczy, bananów i mandarynek, jestem już tak daleko, więc co może pójść nie tak? Z samej woli walki sił mi nie przybędzie, a ostatni żel dopiero za 5 km. Plan się udaję i wbiegając na kolejną estakadę jestem wyraźnie pobudzony, dodatkowo uśmiech pojawia się gdy w stronę biegaczy salutują sami carabinieri!

Kolejne 5 km biegnę szybko nic nie robiąc sobie z popularnej ściany na 30 km. Średni czas tego odcinka to 4:57 min/km. Po chwili moim oczom ukazuje się długi, niemal czterokilometrowy most prowadzący do zabytkowej części Wenecji. Ten widok z jednej strony cieszy, a z drugiej podłamuje. Meta jest już tak blisko, przecież już stąd widać zalane miasto, ale ten krajobraz przybliża się bardzo wolno, zbyt wolno…
W końcu osiągam 35 km i zjadam ostatni żel, jest mi niesamowicie potrzebny, bo siły tracę coraz szybciej. Trasę poprowadzono tak by nie tamować ruchu samochodowego. I właśnie jedno z aut zwalnia, szyby idą w dół i słyszę upragnione – Brawo Polska! Lecisz! – To dopiero niespodzianka! Na mojej wykrzywionej ze zmęczenia twarzy pojawia się szczersza, niepohamowana radość! Po chwili wesoły kierowca przyśpiesza i znika w kolejce samochodów zmierzających na wyspę. Takiej motywacji potrzebowałem! No jak miałbym teraz nie lecieć!? W końcu do tej pory szło tak dobrze – dasz radę królu, uda się – powtarzam w myślach.
Ostatni stromy podbieg przede mną po to by za chwilę zbiec do portowej części Wenecji. Moim oczom ukazują się gigantyczne wycieczkowce zacumowane niedaleko brzegu. Absorbują uwagę wszystkich biegaczy. Przez tą króciutką chwilkę podziwiam ich ogrom nie myśląc o przebytych 37 km. Okolica portowa ciągnie się niemiłosiernie, niecierpliwie wypatruję najpiękniejszej części trasy prowadzącej przez zabytki tego niesamowitego miasta. Ale póki co mijam leżącego biegacza, któremu ratownicy udzielają pomocy, w oddali słychać syreny nadjeżdżającej karetki. Nic dziwnego, że mdleją ludzie, przecież żar leje się z nieba! Jak tu biegać w takich warunkach? Oby nic mu się nie stało. Głowa mówi, że już nie chcę, jest mi tak gorąco, że najchętniej wskoczyłbym do kanału, na widok którego tako długo czekam.
„Koronacja” sukcesu
Nogi ciężkie niczym z ołowiu nie słuchają błagania o litość. Z wielkim bólem cierpliwie i mozolnie jedna za drugą niczym tłoki w silniku prowadzą mnie do celu. Jest! Wreszcie! Do mety pozostały tylko 3 km, tym samym rozpoczyna się najpiękniejszy odcinek tego wyjątkowego maratonu. Żeby nie było za kolorowo trasa zrobiła się wąska, 3-4 m szerokości i brzeg kanału, na dokładkę małe mostki. Te ostatnie przeszkody sprawiają ogromną trudność, bo stanowią mini-podbiegi, jest ich 18, na tym etapie wyścigu to niemal niekończąca się tortura.
Na końcu największego i najbardziej znanego most pontonowego ostatkiem sił widząc fotografa wyskakuję do góry zaciskając pięści. To chyba taki rozpaczliwy gest podświadomości by pokazać, że jeszcze gdzieś tam drzemie ukryta moc.

Docieram na Plac Świętego Marka, a tutaj tłum kibiców dopinguje z całych sił. Moja biało-czerwona koszulka zdradza narodowość, więc po chwil z kilku stron słyszę głośne – Polacco! Polacco! Niesamowite, że po 41 km zmagań mam jeszcze siłę przyspieszyć, ale w takim miejscu po prostu nie możesz pobiec wolno! Po chwili dociera do mnie, że to jeszcze nie koniec i ten ostatni kilometr muszę jakoś przetrwać.
Przed kolejnym mostem widzę Szczebla, macha do mnie i krzyczy, że za mostem jest już meta, podbiegam do barierki i dostaję prezent – to korona, którą zakładam na ostatni fragment zawodów. Pokonując przeszkodę uśmiecham się sam do siebie, orientując się, że dałem się tak łatwo podejść i to jeszcze w takim momencie! To nie był oczywiście ostatni most! Za tym jest jeszcze kolejny i dopiero ostatnie 200 m biegu. Tam czeka Gosia robiąc mi zdjęcia. Już wiem, że osiągnę świetny wynik.

Wbiegnięcie na metę celebruje dając się sfotografować chyba każdemu fotografowi wzdłuż finiszu. W euforii przez chwilę zapominam o zmęczeniu jednak to spada na mnie niczym głaz po przekroczeniu mety. Stopuję zegarek, skupiam się na wyjściu ze strefy końcowej i poszukiwaniu mojej paczki. Przed tym jednak graweruję medal…dowiadując się o wyniku: 3:36:25! Życiówka pobita o 12 min! To dopiero wynik! W jednym momencie znika niedosyt, że nie pobiegłem na miarę przygotowań, że popełniłem błąd nie zabierając czapki, czy że zmęczyłem nogi spacerami po Bolonii i Florencji. To wszystko już nieważne. W tych warunkach to świetny rezultat, z którego jestem mega dumny. Do domu wracam z tarczą, Wenecja pokonana!