Po obejrzeniu filmiku na YT z Dominikiem i Sylwią zdecydowaliśmy się pojechać do Malagi.
Ja od początku chciałem pobiec maraton. Tak żeby sprawdzić stan formy na końcówkę 2021 r. Żeby mięć punkt odniesienia i na tej podstawie badać postępy w 2022 r.
Zmontowaliśmy, więc wyjazdowa ekipę. Był to najmniej liczny skład spośród wszystkich wyjazdów biegowych. Liczył tylko 4 osoby. Szybki lot z Berlina do Malagi i już byliśmy na miejscu.

Pierwsze kilka dni przywitały nas wiatrem. Marzyło mi się żeby tak pogoda utrzymała się aż do startu. Zwiedziliśmy ile się dało do niedzieli. Ale, że prawie wszyscy mieli startować to nie przesadzaliśmy z dziennym kilometrażem. Na pierwszy ogień poszło oczywiście stare miasto ze klimatycznymi uliczkami. Jako wielki fan włoskiego jedzenia nie do końca potrafię się odnaleźć w hiszpańskich kulinariach. Była również i sławna Malagueta z jeszcze bardziej rozpoznawanym znakiem przy wejściu na plażę.

Grudzień to czas festynu mikołajkowego. Tłumy ludzi krążą po mieście. Place, kawiarnie i restauracje tętnią życiem. Ciężko przecisnąć się chodnikami. Na każdym kroku pełno straganów z figurkami do szopek bożonarodzeniowych i odpustowymi akcesoriami. Drzewa i latarnie w centrum rozświetlają tysiące lampek.
Trasę poprowadzono przez centrum, a także ulicami przy samej plaży. Pozwoliło to podziwiać uroki pięknej Malagi.
Miasto w tym czasie przystrojono świątecznymi dekoracjami. W końcu za dwa tygodnie Boże Narodzenie. Jednak przez południowy klimat osobiście nie do końca potrafiłem wczuć się w atmosferę.

Dzień startu nadszedł nieubłaganie, a wraz z nim delikatny niepokój. Jaką taktyką pobiec? Od maratonu z Andrzejem minęły ponad 2 miesiące. Z ręką na sercu nie przepracowałem tego okresu idealnie. Fajnie byłoby wykręcić czas w okolicach 3:45, ale może to jednak zbyt ambitny plan. Nie mogę dziś zbyt wiele od siebie wymagać. Granicą przyzwoitości będzie oczywiście złamanie 4 h.
Autobus do centrum z Sylwią i Dominikiem, którzy pobiegną połówkę i już jesteśmy w strefie startu. Dość szybko się wypogadza. Nie wróży to niczego dobrego. Od razu widać, że to będzie piękny, słoneczny dzień. Kuriozalnym pomysłem jest oczekiwanie na start w maseczce w tłumie biegaczy (gdzie po rozpoczęciu biegu każdy ją zdjął). Jednak to odgórny wymóg przy imprezach masowych, więc organizatorzy musieli się dostosować. Startujemy z jednej z głównych alei miasta położonej przy malowniczym parku. Dokoła palmy i krzewy. Tworzy to przyjemny klimat.

Przyłączyłem się szybko do baloników na 3:45. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Pierwsze kilometry pod górkę, ale lepiej teraz niż na końcu. Zakładam okulary, które pożyczyła mi Sylwia, bo słońce coraz bardziej przeszkadza. Gdy dobiegam do nadmorskiego deptaka potrzebna jest już czapka. Od tej pory dystans pokonuję zabezpieczony ze wszystkich stron. Coś mi nie pasuje w tempie pacemakerów. Za szybko gonią. Planowo powinno być w tempie ok. 5:20, a oni według Garmina lecą nawet ponad 5:00. Odpuszczam bieg w ich towarzystwie. Nie wytrzymam dziś takiego tempa, więc zwalniam do komfortowej prędkości.
Na 10 km oczom ukazuje się latarnia morska, która prowadzi do pierwszej agrafki na cyplu za miejskim portem. Czuć tu atmosferę nadmorskiego biegu. Wszędzie zacumowane statki, latają mewy. Brakuje tylko rześkiej bryzy, która mogłaby podziałać orzeźwiająco. Trochę na nią liczyłem, bo jest dość duszno.
Przede mną kilkanaście kilometrów brzegiem morza. Brzmi atrakcyjnie i romantycznie, ale wcale tak nie jest. Z tego odcinka trasy zapamiętuję wyłącznie duchotę, upał i palmy. Trzeba uczciwie przyznać, że poranny jogging o 6 rano musi tu być przyjemny. Jednak bieganie na czas to coś zupełnie innego. Trzymam tempo. Obserwując innych biegaczy odnoszę wrażenie, że tylko mnie męczy taka pogoda. Nie mogę się doczekać nawrotki w stronę centrum na 17 km. Mijam okolicę mieszkania, które wynajmujemy i otwieram drugi żel. Muszę powiedzieć, że jak paskudny by nie był, daje radę. Ja również wciąż biegnę równym tempem. Nie chcę przyspieszać. Już dawno zdałem sobie sprawę z tego, że nie ma sensu walczyć o wynik. Dobrze będzie dobiec w granicach 3:50, na lepszy czas nie będzie mnie dziś stać.

Przed 21 km przybywa kibiców. Kawałek dalej mieści się meta rozgrywanego równolegle półmaratonu. Przebiegam obok niej i część mnie zazdrości biegaczom, którzy kończą swoje zmagania. Zatrzymują się z medalami na piersi, mogą usiąść i odpocząć. Ta bardziej szalona część mnie woła o więcej. Jest gotowa na dodatkową porcję biegania. Szybko mijam półmetek i przestawiam się na tryb „jeszcze 2 h i koniec”. Nie przychodzi mi to łatwo. Głowę można oszukać, ale nogi powoli dają znać, że kilka dobrych kilometrów mają już za sobą. Demotywujący jest fakt, że znowu znalazłem się w miejscu startu przy parku miejskim. Przeżywam mini kryzys, bo jakoś kiepsko mi się biegnie. Tym bardziej, że przede mną najdłuższa, bo aż sześciokilometrowa prosta. Jeszcze więcej słońca i palm.
Powoli docieram do 23 km. Czuję, że to pora na kolejny żel. Nie dotrzymam do 25 km gdzie miałem go wchłonąć. Zniechęcony sięgam do kieszeni. Jest paskudny i wodnisty. Nie dość cytrynowy to jeszcze z dodatkiem mięty. Dawno nie jadłem, a raczej nie piłem takiego paskudztwa. Nawet w sumie nie trzeba go popijać bo jest rzadki jak woda. Muszę jednak przyznać, że zdaje egzamin, bo oddaje mi energię i mam z czego biegać. Problemem jest strasznie długo utrzymujący się posmak i dziwne uczucie pustego żołądka.
Już dawno przestałem przejmować się coraz wolniejszym tempem. Może i nie jest za szybkie, ale za to stabilne. Jeszce chwila i znowu trasa powinna skierować biegaczy do centrum miasta. Już sie nie mogę doczekać. Od parku nie uświadczyłem kawałeczka cienia.
Docieramy do sportowej dzielnicy z kompleksem kortów tenisowych i boisk piłkarskich. W oddali dostrzegam sporej wielkości trybunę. Trasa prowadzi w jej kierunku.
Miłym akcentem jest możliwość wbiegnięcia na stadion lekkoatletyczny na 29 km. Po tartanie pokonuję prostą, później wiraż i już po chwili znajduję się na chodniku. To fajna odskocznia, zawsze tylko ulica i ulica, a tu taka niespodzianka. Niedaleko za areną na 31 km czeka lekki zbieg alejką w cieniu parkowych drzew. Wybija godzina 12. Mam nadzieję, że cieplej już nie będzie. Kolejne etapy trasy dłużą się niemiłosiernie. Nie znam oczywiście miasta, więc dla mnie wszystkie uliczki wyglądają tak samo. Z niecierpliwością wypatruję stadionu Málaga CF. Pamiętam ten fragment z różnych filmików na You Tube’ie. Na szczęście to już 39 km zawodów. Młodzi wolontariusze rozdający wodę dopingują z całych sił. Wiedzą, że ledwo biegniemy. Staram się wykorzystać cień jaki daje ogromny gmach obiektu sportowego i biegnę przy jego murach. Po raz kolejny zwalniam, bo lecę już na oparach. Do mety jeszcze 2 km. Zabudowa się zagęszcza, więcej wąskich uliczek i niskich domków. Powoli zaczynam kojarzyć okolicę. Ten fragment trasy to deptak zakończony antycznym rzymskim teatrem u podnóży twierdzy Alcazaba. Po chwili moim oczom ukazuje się piękna Katedra. Jak dobrze, że przyjrzałem się jej poprzedniego dnia, bo teraz nie jestem w stanie docenić jej walorów.

Kawałek dalej dostrzegam Dominika. Macha do mnie stojąc wśród kibiców. Myślałem, że zmotywuje mnie to do szybszego finiszu. Nie tym razem. Jestem zniszczony pogodą i zmęczeniem. Wymuszam powitalny uśmiech. Chwilę gadamy i wspólnie ruszamy powoli w stronę mety. Tłumy kibiców sprawiają, że uśmiech znowu pojawia sie na mojej twarzy. Za chwilę docieramy do ostatniego placu na trasie. Stąd do mety prowadzi juz tylko najsławniejsza aleja Malagi – Calle Marqués de Larios. To znaczy bardzo chciałem żeby tak było. Z błędu wyprowadza mnie Dominik informując, że dodatkowo trzeba pokonać ok. 800 m. Koniecznie muszę dodać, że to zdecydowanie najpiękniejsze miejsce w samym mieście. O tej porze roku aleja przyozdobiona iluminacją świąteczną robi ogromne wrażenie. Dodatkowo jest niesamowicie głośno. Efekt potęguje odbijający się od budynków dźwięk. Jest niesamowicie. To taki mały kop endorfin na finiszu.

Wybiegamy wreszcie na tą „prawdziwą” ostatnią prostą. Dołączają do nas Sylwia i Franek. Od tego fragmentu wesołą gromadką zmierzamy wspólnie do mety. Normalnie scena jak z taniego filmu sportowego. (Zresztą całą sekwencję od momenty spotkania Dominika możecie obejrzeć na krótkim filmie z finiszu). Nie patrzę w stronę mety. Uwagę skupiam na wszystkim innym. Tak jest zawsze trochę łatwiej i szybciej. Finisz celebruję machając do wiwatujących kibiców. Są niesamowici!

Kończę bieg wynikiem 3 h 55 min 16 s i standardowo jestem wykończony. Na mecie zostaję obdarowany czekoladowymi bajglami. Od początku wyjazdu wspominałem, że mam na nie ochotę. Kładę się padnięty na ławkę i leżę tak dopóki nie wyschnę na słońcu.