Tegoroczna edycja półmaratonu była wyjątkowa pod każdym względem. Wrocławski bieg przez 7 mostów ukończyło ok 5 tys. osób. Biegaczy zachwyciła malownicza trasa, ale i też wspaniała atmosfera sportowego święta oraz niezwykła oprawa zawodów. Była to też pierwsza oficjalna edycja biegu, ponieważ poprzednia okazało się organizacyjną wpadką. Półmaraton nie wystartował wtedy ze względu na złe zabezpieczenie trasy. W tej edycji wszystko miało pójść jak po maśle. Przed zawodami biegaczy do rozgrzewki zachęcały fitnesiary.

Na Stadion Olimpijski przybyłem z koleżanką-biegaczką Olą oraz dwoma kumplami kibicami. Obiecali, że będą nas mnie czekać do samego końca. To miłe gdy ktoś znajomy towarzyszy na mecie. Właściwie to moje drugie biegowe zawody w życiu. Nie mam zbyt dużego doświadczenia. Nie mam ani taktyki na ten biegi, ani planu co do tempa. Właściwie co będzie to będzie. Chcę się dzisiaj po prostu dobrze bawić. Nie mogę doczekać się startu. Biegacze powoli ustawiają się na starcie. Atmosfera jest super. Zawodnicy żartują, uśmiechają się. Po strzale startera przy akompaniamencie orkiestry ruszamy na podbój Wrocławia.

Aleją Różyckiego biegniemy w stronę miasta mijając Park Szczytnicki. Zaraz za nim czeka długa prosta w stronę Psiego Pola. Biegnie się łatwo i przyjemnie. Powietrze jest rześkie, bo niedawno padał deszcz. Mam wrażenie, że robi się duszno od parującej z asfaltu deszczówki. Trzeba uważać na śliską nawierzchnię. Po kilkunastu minutach nawrotka w okolicach Centrum Handlowego Korona co oznacza, że teraz będziemy kierować się w stronę Centrum. Piąty kilometr to zbieg ulic Toruńskiej i Brucknera. Notuję to czas 23:41 czyli 4:44/km. Na Zaciszu korzystam z punktu nawadniającego. Niespecjalnie chce mi się pić, ale wiem, że tych kilka łyków później zaprocentuje. Mały podbieg przed Mostem Szczytnickim i już jesteśmy na Placu Grunwaldzkim. Tutaj mieszkam, w jednym z sedesowców- symboli Placu Grunwaldzkiego. Buzia sama się uśmiecha, a nogi dostają dodatkowego powera i niosą jakbym dopiero zaczął zawody. Dla takich chwil warto było wystartować w tym biegu.

Za Mostem Grunwaldzkim estakady na Placu Wróblewskiego witają stromym podbiegiem. Delikatnie zwalniam. Nieduże doświadczenie podpowiada, że trzeba zostawić więcej sił na drugą połowę biegu. Póki co spowija nas lekki półmrok, ale zaraz zrobi się całkiem ciemno.
Wbiegamy na ul. Piłsudskiego przekraczając 10 km biegu. Moje tempo nie słabnie, tak przynajmniej czuję. Potwierdza to czas zmierzony przez organizatora 47:28 min. Daje to średnie tempo 4:44 min/km. Oby kolejne kilometry również mijały równie łatwo i przyjemnie.
Biegnie mi się komfortowo. Nie zastanawiam się specjalnie nad tempem. Właściwie to nie mam biegowego zegarka, ani nawet telefonu. Nie mam jak kontrolować tempa i w sumie jest w tym coś pięknego i beztroskiego. Biegnę bez najmniejszej presji. Cieszę się i chłonę atmosferę nocnego Wrocławia. Jest to łatwe gdyż właśnie mijam gmach Dworca Głównego. Kibice robią świetną robotę. Po obu stronach ulicy słuchać głośny doping. Nie wypada zwalniać. Kawałek dalej wita Podwale, a już po kilku minutach ląduję na Wyspie Mieszczańskiej.

Kilometry mijają, a ja powolutku odczuwam trudy biegu. Oczywiście nie wszystko jest takie piękne i przyjemne. Z każdym kilometrem robię się coraz słabszy. Jednak nie na tyle żeby zwalniać. Następne na liście są ulice Dubois i Drobnera. Tu kibiców jest znacznie mniej. Przy Ogrodzie Botanicznym umiejscowiono 15 kilometr. Deszcz już dawno nie pada, ale ja jestem cały mokry. Nawadniam się przy kolejnym punkcie.

Wybrukowana kocimi łbami uliczka wprowadza w pięknie oświetlony Ostrów Tumski. Zdecydowanie najefektowniejszy fragment trasy. Chociaż biegaczom na pewno w pięty pójdzie nawierzchnia. Trzeba uważać stawiając kroki na śliskiej kostce. Chwila nieuwagi i kontuzja murowana. Do mety już całkiem niedaleko. Najpierw jednak trafiamy na Plac Dominikański. Od Pl. Wróblewskiego trasa to jedna długa kilkukilometrowa prosta. W drodze powrotnej przez most lądujemy znowu na Pl. Grunwaldzkim. Ostatni etap biegu trochę się dłuży. Doping kibiców zagłusza zmęczenie. Nogi nadal niosą, ale już automatycznie. Nie ma tej świeżości jak na pierwszych kilometrach. Po 18 km niespecjalnie skupiam się nad techniką biegu. Wydaje mi się, że tempo nieznacznie osłabło. W głowie dominuje myśl, że pierwszy start w półmaratonie = rekord życiowy. Park Szczytnicki i znacznik z 20 km dają wielką ulgę. Do mety został ostatni kilometr. Skupiam się wyłącznie na tym żeby nie zwolnić. Sił zostało na tyle żeby przez ostatnie 5 min dać z siebie wszystko. Liczba kibiców rośnie. Im bliżej Stadionu tym ich więcej. Dostaję ostatni zastrzyk energii. Mijam bramę. Końcówka to juz prawie sprint.

Mijam metę z czasem 1:40:41. Cieszę się, że to już koniec. Zmęczenie dość szybko mija. Gdybym wiedział, że do złamania 1:40 zabrakło tylko 42 sekund to dałbym z siebie trochę więcej. Zapas sił by pobiec o minutę szybciej na pewno był. Tylko kto by się tym teraz przejmował.
Chwilami czułem się jak na biegowych zawodach w podstawówce kiedy latało się na łeb na szyję bez żadnej taktyki i planu. Po prostu na maxa, tyle ile fabryka dała. Kolejność startów w moim bieganiu długodystansowym jest co najmniej dziwna. Wypadałoby najpierw wystartować z piątce, później polecieć dyszkę, a na końcu półmaraton. Ja postawiłem wszystko na głowę i zacząłem bieganie w zawodach od kwietniowego maratonu w Warszawie. Bez taktycznych przygotowań, biegałem po prostu jak najwięcej. Wiedziałem mniej ile trzeba poświęcić siły by ukończyć półmaraton. Czułem, że będzie łatwiej, wiedziałem, że będę dość mocny. Jestem zadowolony, bo to świetny wynik jak na pierwszy start.
Lekki chłód i rześkie powietrze po deszczowym wieczorze we Wrocławiu to doskonałe warunki do biegania. Jak widać nie tylko mi pomogły na trasie. Ze mną na metę wbiegło jeszcze ok 5200 biegaczy. Mnie się bardzo podobało. Wszystko było tak jak sobie wyobrażałem. Organizatorzy zapewne też uznają imprezę za udaną. Muszę nadmienić, że Ola kończy półmaraton tylko 2,5 min wolniej ode mnie. Po biegu przybijamy piątki robimy pamiątkowe zdjęcie i razem z naszymi kibicami ruszamy w powrotną drogę do domu.