Dlaczego wybrałem maraton Pizie? Powód jest bardzo prozaiczny, to najbliższy termin kolejnego biegu, w którym mogłem pobić rekord życiowy. W moim mniemaniu pomysł genialny, ale i ryzykowny. Trzeba pamiętać, że ostatni maraton przebiegłem ledwo 3 tygodnie temu. Pokusa pobicia kolejnej życiówki wygrała z rozsądkiem. Decyzja zapadła.
Wszystko byłoby super gdyby nie ta podróż. Aj cóż to była za podróż. Na lotnisko w Katowicach wpadłem z Frankiem i Szczeblem dosłownie na styk prze lotem, ale nasz pośpiech i tak poszedł na marne. Przez strajk we Włoszech wystartowaliśmy 6 godzin później. A po lądowaniu w Bolonii pozostało Nam spędzić noc na lotnisku, bo pierwszy pociąg do Pizy odjeżdża dopiero o 5 rano. Zamiast późnym wieczorem w piątek zameldowaliśmy się wymęczeni w hostelu w sobotę o 8 rano, czyli straciliśmy niemal pół doby. Niby niedużo, ale biorąc pod uwagę, że to krótki weekendowy wyjazd, a ja następnego dnia mam biec maraton życia to spore utrudnienie.
Po szybkim odświeżeniu ruszamy zwiedzać. Piza to typowe włoskie miasto. Dużo ciasnych uliczek, liczne placyki, charakterystyczna architektura. Z Borgo Stretto trafiamy na most Ponte Di Mezzo. Stąd rozpościera się piękny widok na rzekę Arno i okoliczne zabudowania. Już po krótkiej chwili jesteśmy na Piazza del Duomo niesamowicie zatłoczony plac. Nic w tym dziwnego, bo wszystkie wycieczki spędzają jeden dzień w Pizie w okolicach Krzywej Wieży. Ludzie wpadają na siebie co chwilę. Przecież być w Pizie i nie strzelić fory w stylu „podtrzymuję wieżę”, to jakby w niej nie być w ogóle.
Zwiedzamy w szybkim tempie najbardziej turystyczną część miasta. (wymienić i lekko opisać dodając zdjęcia jak są). Stamtąd pędzimy odebrać pakiety startowe. Biuro zawodów ulokowano kawałek za centrum. Przy okazji podziwiamy mury stare obronne mury. Jest już dość późno. Chciałbym już wrócić do domu trochę odpocząć przed jutrem.
Zasypiam dość późno. W ogóle śpi mi się nie najlepiej. Pewnie nikt sie nie zdziwi jeśli napiszę, że rano jestem bardziej zmęczony niż wypoczęty. Nie ma jednak co sie przejmować. Jemy śniadanie w hostelowej kafejce i już po chwili zmierzamy w stronę trasy.

Atmosfera na starcie gorąca. Mikołaje w strefie startowej, Mariah Carrey w głośnikach itd. Sam start ulokowany przy świątecznych straganach zaraz obok placu z Krzywą Wieżą. Widać, że całe miasto żyje dziś tym biegiem. Jest około 15 stopni Celsjusza, więc jak dla mnie zdecydowanie za gorąco, ale liczę, że i tak pobiegnę szybko. Ruszamy. Po 5 km opuszczam stare miasto i wybiegam na przedmieścia. Trasa prowadzi wzdłuż rzeki Arno.

Powoli wybiegam za miasto. Biegnie się przyjemnie, przemierzając pola Toskanii, ale na początku zawsze tak jest. Staram się za bardzo nie skupiać na samym biegu, dziś nogi mają nabijać kilometry. Mam dziś zbierać owoce ciężkich biegowych miesięcy. Estakadą mijam autostradę, która prowadzi do Livorno. Póki co biegnie się nadal dobrze, ale czuję, że nie mam tej lekkości co zwykle. Wczorajsze wędrówki po starówce i ta beznadziejna podróż powolutku dają o sobie znać.
Wytrzymuje jednak tempo i na półmetku notuję wynik 1:42 biegnąc średnio 4:50/km. Już na ten moment wiem, że to zbyt szybko. Nie zwalam na brak wypoczynku i formę, ale robi się na prawdę ciepło. Jest już ze 20 stopni, a ja znowu nie zabrałem czapki! Na boga, przecież to grudzień, a tu taka temperatura!
Przede mną Marina di Pisa. Urokliwe miasteczko nad samym morzem. Pizzerie, lodziarnie i bary przy ulicy Via Tullo Crosio powoli wypełniają turystami nadmorski bulwar. Morze od ulicy oddziela kamienno-piaszczysta plaża, osłonięta betonowymi barierami. Moje tempo drastycznie spada. Z coraz większym utęsknieniem spoglądam w stronę wody. Pokusa by przerwać maraton i uciec na plażę jest coraz większa.
Przed portem z pięknymi jachtami zakręcam w stronę miasta. Na tym etapie słaby jestem chyba tylko ja. Reszta nadal biegnie. Nie mam pojęcia co zrobiłem nie tak. Biegałem już maratony na zmęczeniu z poprzedniego dnia, ale teraz powód może być jednak inny.

Od 25 km mój bieg przekształca się w trucht. Z przyzwoitości nawet nie napiszę w jakim tempie pokonuję dalszą część dystansu.
Jest gorąco, siły mnie opuszczają, mam wrażenie, że moje przygotowania poszły na marne. Teraz każdy punkt odżywczy jest dla mnie na wagę złota. Nie mam energii na bieganie. Jestem strasznie głodny i chce mi się pić. Przydałby się teraz pizzeria zamiast miejsca z bananami i czekoladą. Wyczekuję go jak zbawienia. Czuję, że mój maraton się właśnie się kończy.
Od 26 do 28 kilometra tylko truchtam, to najtrudniejszy moment tego biegu. Jest źle. Chyba pierwszy raz w życiu mam ochotę zejść z trasy.
W tym miejscu wbiegam na ostatnią prostą, która prowadzi do Pizy. To moment, w którym maraton łączy się z trasą półmaratonu. Szczęściarze, biegli tędy 2 h temu. Wokół trasy gromadzi się coraz więcej kibiców. Mijam 37 km, myśl że do mety pozostało już tylko 5 km poprawia mi nastrój. Nie wiem jak i nie wiem skąd, ale jakimś cudem znajduję nowe siły by ponownie truchtać. Tempo może nie jest zabójcze, ale i tak się cieszę że mogę chociaż tyle. Jeszcze 20 min temu chciałem wsiadać do jadących do mety meleksów – a teraz znowu biegnę. Wbiegając na most Ponte della Citadella przyśpieszam wiedząc, że to ostatnie chwile dzisiejszych zawodów. Na kilometr przed metą na ostatnim odcinku trasy przy rzece Arno uśmiecham się do małej grupki fotografów. Uśmiecham się bo wiem, że ta męka się zaraz skończy, nie dlatego, że mam dobry humor. Przy tabliczce z 42 kilometrem macha do mnie znajoma postać, to Szczebel, cyka mi fotkę zachęcając do ostatniego wysiłku. Grymasy na mojej twarzy są dla Niego najlepszym komentarzem.

Na mecie witają mnie Znajomi, nieco zdziwieni czemu dotarłem do celu 40 min później niż deklarowałem.
Pizza po biegu wieczorem, taka raczej w stylu polskim, gdzie wszystkiego było dużo.
Wniosek bardzo oczywisty-organizmu nie oszukasz, nie ma co się łudzić. Dajcie spokój, jestem mega zły, to maraton do zapomnienia.