I LESISTA TRZYDZIECHA

Uwielbiam biegać za miastem, ale mieszkając we Wrocławiu niezbyt często mam taką możliwość. Pola, góry, las, jak dla mnie każda okazja pohasania na łonie natury jest warta skorzystania. Na I Lesistą Trzydziechę w Mieroszowie zapisałem się jeszcze w połowie sierpnia. Przeglądając kalendarz zawodów przypadkiem natrafiłem na debiutujące zawody. Mój plan treningowy pod koniec września zakłada  najdłuższe wybieganie, więc uznałem, że te zawody to świetna okazja.

Start biegu przewidziano na godzinie 11. Według mnie to zdecydowanie zbyt późno. Na starcie 200 zawodników już wie, że te zawody to nie będzie bułka z masłem. I ze względu na wysoką temperaturę i dlatego, że trasa ma być wymagająca. Zobaczymy. Pada komenda, więc ruszamy. Pierwsze 5 km biegnę spokojnie, badam teren. Nie chcę dziś przesadzić. Moje ostatnie biegowe tygodnie były dość wymagające. Nie oszczędzałem się biegając 5-6 razy w tygodniu w ramach przygotowań do maratonu w Wenecji. Start ma być mocnym treningiem w wymagającym terenie.

 

Wybiegamy z Mieroszowa, polna droga prowadzi nas w kierunku niewielkich wzniesień. Przy wejściu do lasu mijam zastęp ochotniczej straży pożarnej. Pierwszy dłuższy podbieg przed nami. To dopiero 6 km. Wysokie drzewa dają trochę cienia, dzięki temu trasę pokonuje się nieco łatwiej. Nachylenie wzrasta, robi się stromo, tempo biegu wyraźnie spada. W okolicach 9 km rozpoczynam atak na Wielką Lesistą. Powoli dopada mnie zmęczenie, ale wiem, że za kilka chwil na szczycie będę mógł skorzystać z punktu odżywczego. Wąska ścieżka porośnięta trawą i gęstymi krzewami prowadzi w upragnione miejsce. Zanim to nastąpi profil drogi staje się płaski. Korzystam z sytuacji i przyśpieszam. Nareszcie! Kilka łyków wody, 2 kubeczki coli, parę kawałków banana i lecę dalej. Taka dawka mocy zdecydowanie pomaga, więc pędzę ile sił w nogach, myśl, że dałem się wyprzedzić dwóch biegaczom na szczycie nie daje mi spokoju. Niby trening, ale ambicja nie powali odpuścić, więc podążam za nimi żeby wyrównać rachunki.

Od tego momentu długie kilometry prowadzą przy urwiskach. Z jednej strony wysokie skały, z drugiej stroma przepaść. Widoki w tym miejscu są niesamowite. Wprawne oko zauważy oddalony kilkadziesiąt kilometrów dalej szczyt Śnieżki. Temperatura rośnie, a wraz z nią poziom mojego zmęczenia. Sytuację ratuje plecak z wodą, którą staram się oszczędzać. Momentami jednak nie żałuje sobie i łapczywymi łykami opróżniam bukłak.

Trasa robi się znowu wymagająca. Od 17 km będzie jest tylko pod górkę. Wielu rezygnuje z biegu i spokojnym marszem pokonuje rosnące wzniesienie. Ja staram się nie ulegać pokusie i biegnę. Łydki napięte niczym struny gaszą skutecznie mój zapał. Na tym etapie trzeba mądrze rozłożyć siły. Do mety zostało około 10 km. Długie kilometry pod górę niesamowicie ćwiczą charakter i siłę woli. Ukoronowaniem wysiłku jest dotarcie do drugiego i zarazem ostatniego punktu odżywczego. Ogromne pragnienie sprawia, że wody wpiłem chyba 2 razy więcej niż za pierwszym razem. Pogoda i rosnące zmęczenie robi jednak swoje. Ostatni żel zjedzony i mogę rozpoczynać końcowy etap górskiej przygody. Podczas szaleńczego zbiegu pokonuję swój najszybszy kilometr w czasie 4 min i 37 sekund. To niezbyt odpowiedzialne, bo przy takim tempie upadek mógłby się skończyć co najmniej kiepsko. Miejscami ze ścieżki niepodziewanie wystają kamienie, a biegnąc szybko można się poślizgnąć na żwirze. Emocje murowane.

 

Po kilku chwilach jestem już na dole w miejscowości Kowalowa. Przekonany, że ostatni fragment wyścigu prowadzi po płaskim nabieram lepszego humoru. Długo to nie trwa bo droga znowu zaczyna ciągnąć się pod górę. Właściwie nie wiem dlaczego się wielce dziwię, przecież to bieg górski. Ten podbieg zapamiętam na bardzo długo, jest tak stromo, że nie da się biec. Nogami przebieram już chyba tylko z przyzwyczajenia, bo poza łydkami mocy nie mają też uda. Na górze odczuwam ogromną ulgę, ale nie ma czasu na odpoczynek, bo do mety zostało ostatnice 5 km. Teraz na przemian raz zbiegamy by po chwili znowu pokonać małe podbieg. Wiem, że to ostatnia przeszkoda, bo po 28 km pozostała już ostatnia prosta do Mieroszowa. Mijam znajomą straż pożarną i ostatkiem sił dobiegam do mety. Zmęczenie ustępuje po chwili gdy na szyi zawisa oryginalny drewniany medal. Jest satysfakcja. To był wymagający trening i przy okazji kolejna biegowa przygoda.

Trzeba przyznać, że zawody stały na niezłym poziomie, nie dość, że startowe bez opłaty to zawodnicy otrzymali fajne funkcjonalne chusty. Na mecie unikatowe, drewniane medale i piękną, wymagającą trasę. W drodze na Wielką Lesistą, czyli szczyt wokół którego ułożono bieg krajobraz zapierał dech w piersiach, widoki na Szczeliniec i Śnieżkę to tylko niektóre z atrakcji. Trzeba przyznać, że Mieroszów wie jak zachęcić biegaczy do startu po pobliskich górkach.

Priorytet to ukończyć zawody w jednym kawałku i zadanie wykonałem, po cichu liczyłem na złamanie 3 godzin. Niestety liczne, strome podbiegi pokrzyżowały ambitniejszą część planu. Sił wystarczyło by wyprzedzić 151 zawodników i zawody ukończyć na 49 miejscu open w czasie 3 godzin i 6 min. Z wyniku jestem zadowolony, bo w końcu zawody miałby być mocniejszym treningiem przed październikowym maratonem w Wenecji więc szczytową formą będę popisywać się za miesiąc.

Brawa dla organizatorów za udany debiut i wielkie dzięki za wsparcie wolontariuszy na dwóch punktach odżywczych w środku lasu. Bez Was byłoby o niebo ciężej. Największe dzięki dla mojego suportu, rehabilitanta i kibica w jednym czyli… mojej Mamy 😉

Dodaj komentarz