WROCŁAW MARATON 2014

Decyzja by wystartować w Maratonie Wrocławskim była oczywista. Tu w końcu mieszkam, pracuję i na co dzień biegam. Pakiet startowy na zawody odebrałem w pierwszym możliwym terminie tj. w piątek. Właściwie to nie mogłem się tego doczekać. Razem z numerem startowym organizator dodawał m.in. firmowy ręcznik oraz ładną koszulkę. Całą sobotę wypoczywałem biernie pamiętając o regularnym się nawadnianiu i jedzeniu lekkostrawnych potraw na bazie węglowodanów.

Upragniona niedziela nadeszła bardzo szybko. Pogoda w dniu maratonu nie sprzyja sportowcom. Przygrzewające słońce, parno, duszno i zero chmur na niebie, temperatura w okolicach 19 C, to nie są optymalne warunki do biegania maratonu. Start i metę usytuowano w obrębie Stadionu Olimpijskiego. Trasa jest ponoć szybka, bez ostrych podbiegów. Prowadzi przez most Milenijny, obok nowego stadionu, następnie przez Rynek, Stare Miasto, Śródmieście i wzdłuż Parku Szczytnickiego do mety. Pojawiałem się na starcie przed godz. 9:00. Wyspany, wypoczęty i pełen optymizmu.

To będzie mój drugi maraton w życiu. Czuję, że przygotowałem się całkiem nieźle. Lekki dyskomfort sprawia świadomość, że dwa ostatnie tygodnie musiałem praktycznie odpuścić bieganie, poświęcając się kończeniu pracy magisterskiej. Plan na bieg jest banalnie prosty – dobiec do mety przed upłynięciem 4 godzin. Trenowałem do tego biegu całe wakacje i wiem, że jest to dzisiaj do zrobienia. Jako pierwsi na linii startu ustawią się zawodnicy na wózkach zaraz za nimi zbierają się faworyci biegaczy. W sumie 4776 zawodników czeka na wystrzał startera. Ruszamy.

Pierwsze kilometry upływają dość szybko i bez historii. Przebiegając przez most Na ul. Kochanowskiego przecinamy Odrę i wały wzdłuż których codziennie pokonuję kilkanaście kilometrów. To moje ulubione miejsce do biegania we Wrocławiu. Cisza, spokój i bliskość przyrody przyciągają w to miejsce wielu wrocławskich biegaczy.

Pierwszy punkt nawadniający przy ul. Boja-Żeleńskiego to tylko kilka łyków wody i równym tempem oddalam się od centrum miasta. Ul. Żmigrodzka to długa prosta, która łączy się z obwodnicą Wrocławia. Tak daleko jednak nie będę wędrował. Bieg zakręca trochę wcześniej, stąd do mostu Milenijnego jest jakieś 4 km. Biegnie się wygodnie, powolutku zawodnicy się rozbiegają na całej szerokości. To mało efektowany odcinek trasy. Dokoła pola, działki i szeroka trasa niczym na autostradzie. Miłym przerywnikiem okazuje się być fotograf, na którego żywo reagują biegacze. Uśmiecham się w stronę aparatu mając nadzieję na miła pamiątkę. Sił jeszcze dużo, więc i póki co humor dopisuje.

Wreszcie chwila ulgi bo zbiegamy z Mostu Milenijnego, podążając trasą wzdłuż Parku Zachodniego.

18 km to już piękny, nowy Stadion Wrocław na Maślicach, tu jest nieco mniej kibiców. Jest ciepło, większości biegaczy zanim minie półmetek wypija kubek wody, a kolejny wylewa na głowie. Ja robię to samo, chwila ochłody i lecę dalej.

Półmaraton w 01:52:07 to całkiem przyzwoity wynik, tym bardziej, że siły nadal są. Po godzinie 11 temperatura wskazuje ponad 22 stopnie C. Biegnie się coraz ciężej. Najdłuższa ulica miasta – Legnicka dobiega końca, Ci z Wrocławia wiedzą, że do Rynku jest stąd raptem kilkaset metrów. Niestety, trasa biegu zawraca i każe uciekać z Centrum na południe ulicą Grabiszyńską. Do 25 km biegnę w miarę równo, czyli tempem 5:20/km co przy obecnych warunkach jest całkiem dobrym rezultatem.

Po 30 km napotykam koleżankę Agnieszkę, która samotnie kibicuje zmęczonym biegaczom. Zanim dotrę do centrum czeka mnie jeszcze jedna długa prosta, przy Aquaparku na ul. Borowskiej. Tu znowu cały oblewam się wodą i wchłaniam ostatni żel. Punkty odżywcze autentycznie ratują mi dzisiaj życie.

W ogóle jeśli chodzi o pracę wszystkich punktów odżywczych z bananami, cukrem w kostkach, wodą i izotonikiem – wszystko działa perfekcyjnie.

Docieram do ulicy Widok, a to już ścisłe centrum. Może to dziwne, ale w tym momencie zaczynam myśleć o wodzie i pływaniu. Dlaczego tak? Bo 100 m stąd mieści się stary zabytkowy, wrocławski basen, z którego ostatnio często korzystam. Ile bym dał żeby wskoczyć teraz do zimnej wody. Wróćmy jednak do maratonu. Trasę wreszcie oblegają kibice, czuć atmosferę biegowego święta -wreszcie docieram do Rynku. Organizatorzy chyba złośliwie wymyślili, że zawodnicy wbiegając do Rynku przemierzając akurat najcięższy fragment maratonu. Po twarzach innych biegaczy wnioskuję, że nie tylko ja drepczę już siłą woli.

Wizyta w Rynku jest słodko-gorzka. Doping kibiców daje wielki zastrzyk pozytywnej energii, ale trzeba pamiętać, że te kilkaset metrów biegnie się po kostce. Jest już tak blisko, więc nie ma odwrotu. Tutaj się nie poddam. Po krótkiej chwili docieram do Uniwersytetu Wrocławskiego i korzystam z punktu nawadniającego. Kilka łyków wody i przymusowy postój przy miskach z wodą, które pomagają dojść do siebie.

Czterdziesty kilometr usytuowany przed Mostem Szczytnickim, informuje, że do upragnionego celu zostają tylko 2 km. Doskonale znam te rejony, mieszkam niedaleko. To pomaga. Wbiegając w okolice Parku Szczytnickiego mijam koleżankę Olę, która 2 tygodnie temu świetnie pobiegła w BMW Półmaratonie Praskim (hiperłącze). W tym momencie nie myślę juz o niczym, to instynkt podpowiada by nie zwolnić. Na horyzoncie pojawia się Stadion Olimpijski, szaleńczy finisz pozwala mi wpaść na metę w upragnione 03:57:36! Jestem totalnie wyczerpany. Na prawdę cieszę sie, że to już koniec. Jestem szczęśliwy, bo czuję, że to był kawał dobrego biegania. Za moment otrzymuję medal i wreszcie siadam.

Po chwili odnajduje mnie mój jedyny kibic – Mama. W Jej towarzystwie docieram do domu. Po maratonie szybkie piwko ze grupą znajomych w pubie pod domem i po dwóch godzinach od finiszu i oglądam na żywo mecz Finlandia vs Kanada na Hali Stulecia w ramach Mistrzostw Świata w Siatkówce odbywających się właśnie w naszym kraju.

Dodaj komentarz