II GÓRSKI PÓŁMARATON WAŁBRZYCH 2018

Od kolegi usłyszałem o cyklu biegów górskich Runner’s World Super Bieg.  Brzmi jak świetna okazja by sprawdzić formę w warunkach trailowych. Postanowiliśmy spotkać się na przedostatnim biegu tegorocznej edycji czyli II Półmaratonie Górskim w Wałbrzychu.

Jak wspominałem, imprezę sponsoruje największa biegowa gazeta na świecie – Runner’s World. Doskonale to widać w obozie startowym, przypominają o tym fakcie banery, balony i reklamy. Runners jest wszędzie. Atmosfera przed biegiem przypomina rodzinny piknik. Stanowiska z kiełbaskami, lody, wszędzie dzieciaki z watą cukrową. Pogoda dopisuje, bo jest ciepło i bezchmurnie. Idealny letni dzień gdyby nie to, że jest październik, a ja mam do przebiegnięcia 21 km po górach.

Domson przyznaje się, że zmiana plan i wystartuje dziś  na krótszym dystansie. Cóż, znowu pobiegnę sam. Po krótkich, ale dynamicznej rozgrzewce potwierdzam Gosi, żeby spodziewała się mnie na mecie do 2 h. Start obu dystansów jest równoczesny. Ruszamy spod stadionu na ulicy Ratuszowej w stronę góry Chełmiec. Pierwszy fragment trasy to asfalt, ale juz po chwili wbiegamy na polną drogę. Ta prowadzi biegaczy lekko pod górkę. Kawałek dalej półmaraton zakręca na lewo a dyszka wbiega prosto do lasu.

Po kilkunastu minutach oczom biegaczy ukazuje się malownicza łąka. Słońce ponownie daje o sobie znać. Jeszcze kilka chwil i znowu uciekniemy w cień chowając się między drzewami. Po prawej mijamy niewysoki szczyt Kopisko. Od tego momentu trasa to jeden wielki podbieg na Chełmiec. Większość biegaczy z truchtu przechodzi w marsz. Robię tak samo. Wędząc ile jeszcze przede mną postanawiam rozważniej zarządzać siłami. Po drodze na szczyt ostatnim przystankiem jest Chełmiec Mały. Ta cześć podbiegu jest najbardziej stroma i tu tracę najwięcej mocy. Szybkie uzupełnienie sił na punkcie odżywczym i lecę dalej.

Do tej pory moje tempo było dość zachowawcze. Biegłem szybkim truchtem, a na podbiegach zwalniałem do maksimum. Wiedziałem jednak, że za jakiś czas profil trasy się zmieni i zaczniemy wreszcie zbiegać. Ciężko nie ulec pokusie. Szaleńczy pęd z góry daje upragnione orzeźwienie. Jest nieco chłodniej. Od dłuższego czasu trasa biegnie w cieniu wysokich drzew.  Gdyby nie ten fakt to znowu zwolniłbym do truchtu.

Po 12 km znikają zbiegi i ponownie trzeba mierzyć się z pagórkami. Mijam biegaczy, którzy na podbiegach wyprzedzali mnie. To mój mały rewanż. Powoli oddalamy się od wzniesień i za jakiś czas trasa nawraca w stronę stadionu. Wiem mniej więcej ile zostało do mety, dlatego decyduję się przyśpieszyć. Jeśli ostatnie kilometry pobiegnę tempem 5:10-5:15  to powinienem zmieścić się w 2 h.

Po jakimś czasie zaczynam odczuwać trudy mozolnej wspinaczki na Chełmiec. W oddali macha do mnie jakaś postać. Po chwili dostrzegam aparat. Fotograf sygnalizuje, że będzie mi robił zdjęcie. Niech będzie. Szkoda, że nie wcześniej. Sił zostało już tylko na finisz, więc wyglądam pewnie średnio korzystnie. Od tego momentu udaje mi się minąć jeszcze 5 biegaczy.

Wybiegam z lasu. Za mną 19 km. Przede mną ostatni podbieg polną drogą prowadzącą na stadion. Do mety już blisko. Suche usta sprawiają, że myślę tylko o mecie, na której wypiję morze wody. Dlaczego nie zabrałem nawet małego bidonu? Przy trasie coraz więcej kibiców, W oddali słychać spikera. Zaraz będzie po wszystkim. Na metę wbiegam ile sił w nogach. Wreszcie chwila wytchnienia. dałem dziś z siebie na prawdę dużo.

Wnioski po biegu są bardzo jednoznaczne. Ogromnym błędem było niezabranie pasa z bidonami lub plecaka z bukłakiem. W taką pogodę 2 punkty z napojami na trasie to  dla mnie za mało. Standardowo nie zadbałem o nakrycie głowy. Właściwie więcej było cienia, ale w odsłoniętych miejscach słońce męczyło mnie strasznie. Cieszę się, że wycieczki biegowej po górkach. Zapewne mocniej dało się popracować na podbiegach. Jednak w taki upał wszystko sprawia podwójną trudność. Plusem jest zrealizowanie taktyki negative split czyli szybszym pokonaniu drugiej części zawodów.

 

Dodaj komentarz