14. CRACOVIA MARATON 2015

Moje wyobrażenie o maratonach wygląda tak: w każdym kolejnym biegu powinienem być szybszy, wytrzymalszy, a już z pewnością bardziej doświadczony niż podczas ostatnich startów, czego rezultatem jest oczywiście lepszy od poprzedniego czas na mecie. Czy jest tak faktycznie? Przekonajmy się.  

Kraków wita nas typowo jesienną pogodą. Po zakwaterowaniu udaliśmy się na stadion Reymonta, gdzie mieściło się biuro zawodów wraz z towarzyszącymi targami expo. Tam dało się odczuć klimat jutrzejszych zawodów. Wielu wystawców, organizatorów innych biegów i oczywiście masa biegaczy. Szybki odbiór pakietu i ruszamy spacerkiem pozwiedzać  Stare Miasto. Dość szybko wracamy jednak do domu ze względu na moje kiepskie samopoczucie.

Patrząc obiektywnie pogoda bieganiu zdecydowanie sprzyja. Delikatny chłód i chmury, które otaczają rynek zewsząd, nie pozwalając przedrzeć się słońcu. Mam wrażenie, że prognozy zniechęciły do udziału sporą część biegaczy. Wczorajszy dzień nie napawał optymizmem. Było dość chłodno, wręcz jesiennie. Prognozy straszyły deszczem, a niektóre nawet śniegiem.

Na trasę składają się dwie pętle po najpiękniejszej i najstarszej części miasta.  To charakterystyczny element  Cracovia Maraton: „z historią w tle”. Na królewskim dystansie biegacze będą mieć w zasięgu wzroku najsłynniejsze krakowskie zabytki. Pobiegną m.in. obok Wawelu, Błoń, muzeów czy słynnych budowli sakralnych.

Miasteczko biegowe oraz scena wraz z linią startu/mety ulokowano na Rynku Głównym. Dwa wielkie namioty pełnią funkcję szatni i depozytów. Miejsca dużo, każdy może swobodnie usiąść na ławkach przy stoliku i w spokoju przygotowywać się do biegu. Wielu biegaczy ma dylemat jak się ubrać. Ja decyduję na longsleeve ubrać koszulkę. Na głowie ląduje czapka, a szyję zakrywam buffem.  Jestem pozakrywany bardzo szczelnie żeby nie rozchorować się jeszcze bardziej. Poranek jest dość rześki, a pogoda na później może być nieprzewidywalna. Rosnące napięcie jest coraz bardziej odczuwalne. Przybijanie piątek, klepanie po plecach i ostatnie biegowe pozdrowienia.

Organizatorzy podnoszą atmosferę wydarzenia. Punkt  9:00 na Rynku rozlega się Hejnał Mariacki. Wsteczne odliczanie do 10ciu i strzał obwieszczający start  14. Cracovia Maratonu. Tegoroczna edycja pod względem frekwencji  jest rekordowa – do głównego biegu zgłosiło się aż 6439 zawodników (w limicie czasowym zmieściło się 4574). Plan na dziś jest banalnie prosty. Po prostu dobiec. Tylko i aż.

Zapchany nos i ogólne osłabienie sprawia, że najchętniej wróciłbym do łóżka i wsunął się pod koc.

Copyright FotoMaraton.pl

Temperatura oscyluje dziś  w granicach 8-9°C. Chwilę po starcie pokazuje się słońce i robi się nieco cieplej. To złudne wrażenie. Po kilku kilometrach warunki wracają jednak do normy. Momentami pojawia się przyjemnie chłodząca mżawka.

Pierwsze 5 km biegnie się ciężko. Mówiąc wprost – po ich przebyciu mam ochotę zejść z trasy i sobie usiąść na krawężniku.  Jedyne co mnie przed tym powstrzymuj to wstyd. Skoro już się zdecydowałem tu przyjechać i pobiec to dobrze byłoby ten bieg ukończyć. Oddycham buzią, bo nos jest całkowicie zatkany. Staram się nie biec zbyt szybko żeby się nie zasapać jeszcze przed pierwszą połówką.

Copyright FotoMaraton.pl

Nie znam Krakowa zbyt dobrze, więc każda lokalizacja jest dla mnie nowością. Podziwiając wszystko dookoła czas minie trochę szybciej. Docieram do popularnych Błoń. Latem i wiosną to pewnie miła zielona okolica. Dzisiaj jest tu trochę szaro-buro. Wzdłuż al. 3 Maja w oczy rzuca się oczywiście stadion Wisły Kraków. Na jej końcu zawracam i podążam w stronę centrum. Po kilku chwilach jestem już kolejnej prostej przy Błoniach. Ta jest krótsza, ale ciągnie mi się niemiłosiernie. Druga piątka to punkt odżywczo-nawadniający przed stadionem Cracovii przy ul. Focha. Piję na siłę, bo nieszczególnie mam ochotę.

Stamtąd ospale podążam Mostem Dębnickim w kierunku Ronda Grunwaldzkiego. A stąd w stronę Osiedla Podwawelskiego. Tam na 13 km zawracam na Rondzie Matecznego. To dla mnie pierwszy znak, że od teraz będę się kierował do mety pierwszej polówki.

Wcześniej jednak kilka kilometrów wzdłuż Wisły. Ostatnią agrafkę pierwszej części biegu zlokalizowano na śródmiejskiej obwodnicy. Następnie przebieżka na drugą stronę rzeki Mostem Kotlarskim. Najładniejszy fragment zawodów to 3 km Bulwarem Kurlandzkim. Trasa przebiega  wzdłuż Wisły brzegiem zabytkowego Kazimierza. Półmetek przy Powiślu przywitałem z ogromną ulgą. Demotywowała mnie jedynie myśl o powtórzeniu jeszcze raz  trasy, którą przed chwilą pokonałem.

Copyright FotoMaraton.pl

 Trzeba szybko uporać się z ta myślą i ruszyć do przodu. Po ponad 2 h znowu wbiegam na Al. Zygmunta Krasińskiego, która kawałek dalej przechodzi w Al. Adama Mickiewicza. Mijam gmach Muzeum Narodowego na 25 km. Tutaj zaczyna się mój kolejny z wielu kryzysów . Zwłaszcza, że kolejne 5 km to długie proste odcinki przy Błoniach. Nic nie działa gorzej na moją psychikę, niż te 2 agrafki.

Copyright FotoMaraton.pl

Faktem zasługującym na wspomnienia jest duża dostępność  bananów, czekolad i kostek cukru. Od 27,5 km zapewniono nawet żele energetyczne. 

Na 30 km na siłę wypijam kilka łyków wody. Nie chce mi się za bardzo, ale ryzyko nie ukończenia biegu jest w tym momencie wysokie. Po raz kolejny za mostem docieram do dzielnicy Dębniki. Po 3,5 h od startu zrobiło się trochę cieplej. Za Mostem Dębnicki wbiegłem w niedługi  tunel pod Rondem Grunwaldzkim. To jeden z niewielu fragmentów trasy, który dodał mi sił. Wspaniały doping zapewnia grupa bębniarzy. W tunelu daje to niesamowity efekt.

Z tych okolicach zapamiętam grupki kibiców, okrzyki, banery i różne motywujące hasła. Zawodnikom biegnącym niedaleko wyraźnie przeszkadzają podmuchy wiatru. Dają się znać we znaki głównie na nieosłoniętych fragmentach trasy. Najczęściej długich prostych. Wmawiam sobie, że teraz powinno już być z górki, ale jest odwrotnie. Ostatnia dyszka ciągnie się niesamowicie długo. Przekraczam Most Retmański, który jako jedyny w Krakowie nie przebiega nad Wisłą. Ten fragment trasy przebiega wzdłuż Bulwaru Podolskiego. Nie jest jakoś specjalnie atrakcyjny. Podoba mi się najmniej, ale pewnie wpływ ma na to mój poziom zmęczenia.  Oddycham głęboko i coraz gorzej z moją koncentracją. Jeszcze chwila i ostatnia przeprawa prze rzekę stanie się faktem. Przed nią jednak nawrotka na obwodnicy 

Copyright FotoMaraton.pl

Most Kotlarski zapamiętam z silnych podmuchów wiatru. Byłem już tak słaby, że słaniałem się biegnąc od lewej strony do prawej. Z nadzieją wyczekiwałem ostatnich tabliczek z kilometrami. Ponownie przemierzam nadwiślański bulwar. Ostatnie spotkanie ze Smokiem Wawelskimi po chwili ostatni raz tego dnia mijam Wawel. Resztki sił zostawiam na ostatni podbieg na Podzamczu. Ostry zakręt w lewo i do mety ostatnia 800 metrowa prosta.

Copyright FotoMaraton.pl

Od razu wiadomo, że widać, że meta za pasem. Coraz większe tłumy ustawiają się wzdłuż barierek zagrzewając maratończyków żeby wytrzymali jeszcze chwilkę. Okrzyki, trąbki i głos spikera na mecie robią się coraz wyraźniejsze.

Copyright FotoMaraton.pl

 Wlokę się zaciskając zęby. Nie zwracam już uwagi czy ktoś mnie wyprzedza, pamiętam jedynie niezawodnych kibiców, których doping niesie do samej mety. 

Copyright FotoMaraton.pl

Przekraczam metę z wynikiem 4:23. Upragniony medal ląduje na mojej piersi. Chwytam folię grzewczą i pakiet regeneracyjny. A w nim woda, napój energetyczny, batoniki, ciasteczka, kanapka, a także kilka bananów.  Kasia obiecała że na mnie poczeka, więc wypatruję Jej w tłumie kibiców.

Szczęśliwie się odnajdujemy. Szybka fota z medalem i opuszczamy miasteczko biegowe. Jestem wyczerpany. Bardziej chyba przez niedyspozycję spowodowaną alergią niż samym biegiem. Wiem jedno – muszę coś jeść . Mimo bogatego podarunku po biegu i tak szukamy Maca. Głód na zjedzenie czegoś niezdrowego wygrywa. Nie jestem w stanie nawet samemu zamówić, więc posiłek ogarnia Kasia.

Po opadnięciu emocji nasuwa się kilka wniosków. Na ten moment przebiegnięcie dwóch maratonów w odstępie 2 tygodni od siebie to dla mnie za dużo. To zbyt krótki czas by wystarczająco się zregenerować. Nie mogę powiedzieć, że stając na starcie byłem zmęczony. Nie byłem też jednak świeży i wypoczęty. Po prostu swoje trzeba odpocząć. Z drugiej strony bez sensu jest bieganie maratonów z chorobą

Dodaj komentarz