Po 3 latach do Wrocławia powrócił Nocny Półmaraton w swojej ósmej odsłonie, więc na start pojawiłem się i ja. Kto wczoraj wychodził z domu wie, że pogoda dała się we znaki. Słońce prażyło od samego rana, a w nocy było niewiele lepiej. Planowaliśmy z Andrzejem wspólny start i ambitną walkę o życiówkę . Jednak w ostatniej chwili mój partner biegowy skorzystał z zaproszenia prezydenta miasta Jacka Sutryka, który tego dnia zastąpił mnie w roli asystenta. W takim razie z upałem i trasą półmaratonu zmierzę się dziś sam.

Na starcie 24 st. C, tłumy kibiców i rekordowa liczba 12000 biegaczy. Wśród nich wiele znanych mi twarzy. Spotykam znajomą parę Ewę i Remika. Będą biegli razem. Ja do strefy startowej wchodzę sam. Szybkie odliczaniem i ruszamy. Od samego początku biegnie się ciężko. Nie jestem zbyt dobrze przygotowany. Najbardziej daje się we znaki pogoda.
Pierwsze kilometry bez historii. Mijają szybko i bez problemowo. Trasa w większości nie odbiega od tych z poprzednich lat. W skrócie, ze Stadionu Olimpijskiego na Plac Grunwaldzki, następny w kolejce jest Dworzec Główny, Uniwersytet Ekonomiczny i przed półmetkiem Sky Tower. 10 km z głowy. Gdyby nie to, że jest duszno i gorąco to biegłoby się całkiem znośnie.
Między 11 a 12 km w okolicach przejścia Świdnickiego pomagają Wrocławskie Morsy. Wspierają punkt nawadniający. W tą pogodę są jak zbawienie. Kilka kubeczków zimnej wody stawia mnie znowu na nogi. Tak mnie cieszy widok znajomych twarzy, że spontanicznie wyściskuję kolegę Arka.
Świeżo nawodniony docieram do piękne oświetlonego gmachu głównego Uniwersytetu Wrocławskiego. Próbuję nadrobić stracony czas, więc nie ma czasu na podziwianie widoków. Kolejnym punktem trasy jest Ostrów Tumski i znienawidzone przez biegaczy kocie łby. Dla ułatwienia wskakuję na chodnik gdzie powierzchnia jest równa i po chwili docieram do Mostu Pokoju. Przy Galerii Dominikańskiej nawracamy w stronę mety. Cieszę się, że to już 15 km. Od tego momentu siły opuszczają mnie w coraz szybciej.

Jak widać mocy starczyło tylko na 3/4 zawodów. Pierwsze 16 km pokonałem całkiem sprawnie. W drodze powrotne za Mostem Grunwaldzkim zamiast biec prosto skręcamy w prawo. To zmiana względem poprzednich edycji. Sukcesywnie zwalniam i z tempa 4:40 robi się 4:55. W punkcie z wodą przy Wybrzeżu Wyspiańskiego spędzam najwięcej czasu. Nie żałuję sobie kilku kubeczków wody, z którymi już sie tak nie śpieszę. W tym momencie już wiem, że nie dam rady złamać 1 h 40 min. Teraz to zmęczenie dyktuje warunki. Pociesza myśl, że już za moment najfajniejsza atrakcja półmaratonu. Po kilku minutach wbiegam do Hali Stulecia. Pewnie niewielu miało okazję przebiegać przez jej sam środek. Żeby chwila była bardziej wyjątkowa wnętrze rozświetlają kolorowe iluminacje świetlne. Wzdłuż Pergoli pojawia się więcej kibiców. Na 19 km ulica Kopernika przecina Park Szczytnicki. Niestety w tym miejscu organizatorzy się nie popisali. Odcinek jest słabo oświetlony. Zmęczenie plus progi zwalniające to prosta recepta na kontuzję. Przekonałem się o tym już na pierwszym prawie wywracając się na hopce. Niektórzy mieli niestety mniej szczęścia. Na ten fragment trasy narzekała masa biegaczy. Jest ciężko. Biegnę na autopilocie. Zaraz przekroczę 1:40, więc motywacja nadal spada. Chęć walki do końca i sportowy duch opuściły mnie już dawno. W oddali widać Rondo Wrocławskich Olimpijczyków. Ostatnia prosta prowadzi na stadion gdzie kończą się zawody.
Na mecie mocno zniszczony pojawiam się z wynikiem 1:42:31. Ani to dobry rezultat, ani zły. Po prostu na tyle było mnie dziś stać. Po skończonym biegu czekam na Andrzeja. Przybiega z Prezydentem Wrocławia 20 min po mnie. Duże podziękowania należą się Magdalenie za to, że dziś nam towarzyszyła od początku do samego końca.

Po zawodach przeczytałem opinie o fatalnej organizacji. Ja tego w ogóle nie odczułem. Jak zwykle pobiegłem wyposażony we własne żele. Nie rozczarowały również punkty nawadniające. We wszystkich bez problemu skorzystałem z wody przygotowanej przez MPWiK we Wrocławiu. Słyszałem, że jednak wody nie starczyło dla wszystkich biegaczy. Jeśli tak było to jest to
Z czasem moje oczekiwania względem zawodów biegowych mocno spadły. Właściwie to ograniczyły się do minimum. Przygotowując się do biegu wymagam przede wszystkim od siebie. Na trasie potrzebuje jedynie nawodnienia i prawidłowego oznaczenia. Tylko tyle. Mam wrażenie, że wielu startujących oczekuje po zawodach nie widomo czego. A to kiepski posiłek na mecie, za mało bogaty pakiet startowy, koszulka za mało techniczna. To chyba znak obecnych czasów. Wydaje mi, że priorytetem jest sam start i ukończenie zawodów. Chłonięcie klimatu imprezy, radość z samego biegu, a ludzie przejmują się pierdołami. To chyba jednak temat na oddzielnego posta. Odnosząc się do samego biegu jeśli brakowało na trasie wody to faktycznie była to wpadka. Myślę, że mogli to odczuć biegacze docierający do punktów nawadniających nieco później. Mnie osobiście bardziej przeszkadzały słabo oświetlone progi zwalniające w Parku Szczytnickim. No nic zobaczymy czy przy następnej edycji wnioski zostają wyciągnięte